Nie tkwijmy w mentalnym średniowieczu

Do dzisiejszych rozważań skłoniły mnie dwie rzeczy: ostatnia sesja Rady Miasta i dzisiejszy komunikat Biskupa Diecezjalnego Edwarda Dajczaka (ten możecie przeczytać w całości tutaj ). Tak, będzie o metodzie in vitro. Po pierwsze: jak zwykle wypowiadają się najwięcej osoby, których problem nie dotyczy, gdyż albo mają swoje dzieci, albo są w wieku co najmniej dojrzałym. Albo księża, których przecież również ten problem, przynajmniej czysto teoretycznie, nie dotyczy.

Oskarżają, negują, komentują. Zatem i ja zapytam wprost: jakim prawem kościół zapędza się aż tak daleko? Jakim prawem nakazuje wszystkim bez wyjątku ludziom przyjąć metodę wyłącznie akceptowalną przez kościół? Kościół nie zgadza się na takie wydatkowanie miejskich pieniędzy? A czy pytano kogokolwiek z mieszkańców, czy zgadza się na przykład na nauczanie religii w szkołach? Czy zgadzamy się, by z powodu rekolekcji były dni wolne w szkołach? Tak, dla wielu to po prostu „dni wolne”.  Czy kogokolwiek pytano o to, czy powinien wisieć krzyż w szkołach, instytucjach publicznych? Czy pytano wszystkich Polaków o zgodę na dofinansowanie ze środków budżetu państwa działalności kościoła? Dlaczego osobom duchownym urząd skarbowy ustala kwotę kwartalnego podatku, która zależna jest od wielkości parafii? Dlaczego instytucje wyznaniowe nie muszą się rozliczać ze zbiórki na tacę, nie odprowadzają od tego podatków…? Bo kościołowi się po prostu należy?

Pytań i przykładów, gdzie kościół śmiałą ręką wyciąga pieniądze od wiernych, z budżetu państwa, można mnożyć. I to nie wzbudza protestu nie-katolików, bardziej odważni wierni pogadają najwyżej między sobą, po czym pokornie w kopertę przy kolędzie włożą „co łaska, ale nie mniej niż 50 złotych”.  Jednak gdy dochodzi do czegoś, co się kościołowi nie podoba – jak na przykład dofinansowanie metody in vitro – to już jest źle, już są komunikaty, hejt na osoby głosujące „za” i wystawianie na piedestał tych, którzy zagłosowali „przeciw”.

Przecież kościół cofa nas w tym momencie do średniowiecza. Sam jeden przykład hasła nawołującego do „wybatożenia” przypomina tęsknotę do średniowiecznego palenia na stosie heretyków. Tak, wiem, jeśli ten czarujący zwyczaj wejdzie w życie, będę pierwsza rzucona na stos, ale mam swoje przekonania i będę ich bronić. Jestem z daleka od instytucji kościoła, tego nigdy nie ukrywałam, ale jestem osobą wierzącą. Inaczej, racjonalnie i jestem w stanie swoje wierzenia uzasadnić, stale pogłębiam wiedzę, która w moim przekonaniu idzie w parze z faktami historycznymi opisanymi w Biblii. Niemniej nie epatuję wierzeniami publicznie. Uważam, że wiara jest sprawą osobistą, ale kiedy wyznania innych zaczynają wkraczać w moje życie, w dodatku na siłę i niemal przemocą, to już nie jest w porządku. Uważam, że każdy ma prawo do swojego zdania.

Tymczasem mamy do czynienia z potępieniem tylko za to, że ktoś głosował według swoich przekonań. Kościół – jak mówił dziś biskup Dajczak, otacza „swoją modlitwą także tych, którzy szukali rozwiązania swoich problemów w metodzie in vitro„. Modlitwa pomaga, owszem, ale bądźmy szczerzy do bólu: najczęściej wyłącznie psychologicznie. Uczepiono się w swojej argumentacji słów doktora Andrzeja Niedzielskiego, który wspomniał, że po połączeniu plemnika z komórką jajową powstaje życie. No pewnie, że tak – jednak wszystko zależy od tego, co określamy pojęciem „życie”. Kiedy ukorzeniam roślinki i puszczają korzenie, to przecież również jest po prostu życie. Czapy lodowe na Marsie to przecież zamarznięta woda, a woda to przecież również życie. Zwierzęta to również życie – a jednak co chwila słyszymy o brutalnym wyrzucaniu do lasu, wyrzucaniu z domów… Rozwijające się w łonie matki dziecko to życie od pierwszej chwili, a jednak nie każda kobieta docenia ten cud. I nie każda kobieta może z wielu przyczyn tego cudu doświadczyć. Cóż o silnym instynkcie macierzyńskim może wiedzieć ksiądz, tak totumfacko głoszący kazania o tym, co wolno, a czego nie wolno? Dlaczego kobiety, które doznały szczęścia bycia matką, babcią, zabraniają wolnego wyboru innym osobom? Przecież taki komunikat tylko podburza ludzi do działania, którego próbkę mieliśmy podczas ostatniej sesji. A przecież każde życie zasługuje na ochronę, szacunek, troskę i pomoc.

Jak już kościół tak brutalnie wchodzi z butami w każdą dziedzinę życia, mógłby się bardziej skupić na edukacji. Kiedy bez emocji religijnych zacznie się nauczać szacunku do wszelkiej formy życia i kształtować sumienie, wiele spraw nie wymagałoby w ogóle dyskusji. Do tego jednak potrzeba kapłanów, a nie polityków w czarnych sukienkach, wykorzystujących ambonę do podburzania ludu. Zakazy, nakazy i publiczna chłosta w mediach to nie jest metoda. Obrzucono komentarzami, wręcz hejtem, osoby, które zagłosowały za tą metodą, oberwało się radnej Zielińskiej od byłej radnej powiatowej już podczas sesji, a dwoje radnych z klubu PiS spotkało się z ostrą krytyką w kościołach i w sieci. W moim odczuciu, słowa „otaczamy ich modlitwą” brzmią pejoratywnie, można je odebrać jako: „zrobili źle, módlmy się za nich, by ich grzechy zostały odpuszczone”. No do ciężkiej tacy, bądźmy realistami. To jest miłosierdzie? To jest komunikat na zaczynający się Tydzień Jedności Chrześcijan…?

Każda władza, nawet kościelna, rządzi według wahadła wyborczego. Na razie jest na wysokości.  Mam jednak wrażenie, że wystarczyłoby oddzielić sprawy kościelne od państwowych, cytując Chrystusa: „oddać cesarzowi, co cesarskie, Bogu – co boskie”, nałożyć na wiernych podatki wyznaniowe, upublicznić wydatki parafii na życie bieżące, a szybko przekonaliby się duchowni, ilu mają „wiernych”. W Polsce to jednak nie przejdzie, biskupi i duchowni od początku państwa polskiego byli przy władzy świeckiej fizycznie lub duchowo blisko. I wystarczy przyjrzeć się historii choćby średniowiecznych władców by przekonać się, że nie zawsze biskupom chodziło o wiarę, a często najzwyczajniej o interesy lub dobra materialne. Jednak dziś,  im bardziej parafianom (proponuję raz jeszcze zapoznać się z etymologią tego słowa) zaciska się pasa, tym gorzej jest z posłuchem, nie mylić z posłuszeństwem. I dlatego właśnie lepiej dla kościoła i państwa będzie, gdy każda instytucja będzie znała swoje miejsce, swoje powinności i swoje zadania, a unikniemy tej wszechobecnej pogardy wobec innych poglądów. Moim oczywiście zdaniem.

 

Fot. K2 Pixabay