Adam Zwierz: „Ze sceny zszedłem z tarczą”

Niespotykany operowy głos, niesamowite poczucie humoru i pogoda ducha – tak w ogromnym skrócie scharakteryzować można osobę, której głos zna cała Polska, a dorośli mieszkańcy Kołobrzegu w szczególności. Adam Zwierz, jeden z najwybitniejszych polskich wykonawców operowych, słynny wykonawca ważnej dla Kołobrzeżan piosenki „Płynie Parsęta”, znalazł chwilę wśród swoich codziennych obowiązków, by porozmawiać z nami.

Panie Adamie, 18 marca obchodziliśmy kolejną rocznicę walk o Kołobrzeg. Niemal co roku przy tej okazji przypomina się utwór wykonywany przez Pana, chodzi oczywiście o „Płynie Parsęta”. Wykonał ją Pan właśnie tutaj, w Kołobrzegu, na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w 1977 roku. Czy pamięta Pan okoliczności powstania tego utworu…?

Tak, oczywiście… Wykonanie zaproponował mi pan profesor Benedykt Konowalski. Po wstępnym zapoznaniu, zwróceniu uwagi na tekst i nuty stwierdziłem, że utwór nie sprawia jakiegoś większego stopnia trudności i… stało się. Jej premierowe wydanie odbyło się ponad czterdzieści lat temu. Muszę jednak powiedzieć, że utwór jest ściśle związany z widowiskiem, które miało tytuł: „Jakie ładne chłopaki”. Brało w nim udział wielu wspaniałych wykonawców: Janusz Zakrzeński, Mieczysław Święcicki, Józef Nowak, Andrzej Szajewski i wiele wspaniałych dziewczyn, które tam śpiewały. To widowisko spotkało się z aprobatą i wywołało uśmiech na twarzy widzów i zebrało duże brawa. Jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ten utwór przetrwa tyle lat… Nawet dzisiaj, kiedy spotykam ludzi, mówią mi: „o, śpiewał pan kiedyś tę piosenkę”. To jest miłe dla wykonawcy, że zostawił po sobie ślad.

Nie tylko ten jeden przecież! Jest wiele wspaniałych utworów, które Pan wykonywał i nie tylko na kołobrzeskim Festiwalu. Ma Pan przecież wyjątkowy, operowy głos i Pana wykonanie wielu tworów operowych do dziś jest ucztą dla duszy. Jednak „Parsęta” dla nas, Kołobrzeżan, to już historyczny utwór. Czujemy, że jest o naszym mieście, o walkach które się tu odbywały. Niestety, dziś nie mamy już ulicy Walki Młodych, a w tekście nazwa tej ulicy się pojawia. Jednak powróćmy do samego Festiwalu: czym on był dla Pana? Jak Pan go wspomina?

Cofnę się do lat siedemdziesiątych festiwalu, który dla nas był takim rocznym spotkaniem. Byliśmy zakwaterowywani niejednokrotnie w sanatorium „Pomorze”, stojącym obok Bałtyku. Ten dom przemieniał się w wielki ul. Wszyscy byliśmy młodzi; dzieci, które przyjeżdżały tu ze swoimi rodzicami, zwracały się do nas per „wujku”. Była bardzo wspaniała atmosfera, spotykaliśmy się bardzo często z piękną pogodą i wypoczynkiem na piachu kołobrzeskim. Cieszyliśmy się, kiedy podjeżdżaliśmy do Podczela. Mijaliśmy znak „Podczele” i wiedzieliśmy, że za chwilę spotkamy się z morskim powietrzem i zaczną się próby do festiwalu.

Niestety, ten festiwal to już przeszłość. Osobiście uważam, że to wielka strata nie tylko dla miasta. Festiwal powinien pozostać i osobiście popieram wszelkie próby jego reaktywacji. 

Mnie również niejednokrotnie było przykro. Ten festiwal w pewnym okresie czasu został potraktowany w sposób nie taki, w jaki powinien być. Nie brano wszystkich aspektów pod uwagę, a dominował jeden: że był to festiwal propagandowy. Nie wiem, dlaczego. Nie brano pod uwagę aspektów patriotycznych i wychowawczych.

W zupełności się z Panem zgadzam. Moje czasy młodości to czasy harcerstwa i obozów w Gąskach. Stałym punktem obozów był wyjazd na popołudniowe koncerty, bo Festiwal miał dwa: wieczorny i popołudniowy. Dla mnie to były fantastyczne czasy; piosenki z festiwalu śpiewało się często przy ognisku. I jakoś nie wyrosłam na propagandystkę komunistyczną. Absolutnie się nie zgadzam z opinią, która zgasiła to wydarzenie.

Mój syn, który urodził się 1972 roku, mając sześć lat, zakładał kapelusz wojsk podkarpackich i śpiewał: „jam nie pański, nie hetmański, jeno harny wolny strzelec podhalański”. Śmialiśmy się, bo zdjęcie syna w tym stroju mamy do dnia dzisiejszego. Ale mówi pani o reaktywacji Festiwalu… Ja zapytam inaczej: czy można reaktywować widowisko „Jakie ładne chłopaki”…? Niestety nie. Janusz Zakrzeński, Józef Nowak. Mieczysław Święcicki, czy ostatnio Staś Mikulski… odeszli od nas.

Niestety, to niepowetowana strata… Stanisław Mikulski był również silnie związany z naszym miastem, mieliśmy okazję również i z Nim porozmawiać. Wiele wspaniałych historii jest związanych z naszym miastem. Zapewne i Pan ma wiele ciekawych wspomnień z czasów, gdy tu bywał…?

Utkwiło mi w pamięci wiele historii związanych z Kołobrzegiem. Byłem świadkiem, gdy Kołobrzeg był rozkopany i archeolodzy dokopali się do olbrzymich podwalin starych budynków, które świadczyły o tym, w jakim wczesnym okresie powstało to miasto. Pokazywali mi nawet rury drewniane, którymi płynęła woda zasilająca miasto. W pamięci pozostał mi Ratusz, piękny, neogotycki, z czerwonej cegły oraz latarnia morska, Baszta czy Muzeum Wojska Polskiego. Pamiętam, jak odbudowywano bazylikę, kiedy przykrywano wieże hełmami, pamiętam kiedy otwarto Zajazd w Budzistowie, towarzystwo kołobrzeskie spotykało się tam w czasie festiwalu. Dzisiaj, jak słyszałem, jest odrestaurowany Pałacyk, a o Zajeździe się nie mówi. Pamiętam też nazwiska ludzi, którzy organizowali festiwal: Jurek Dmochowski, Darek Zajączkowski… Z tego okresu wspomnienia mam wspaniałe. Niech nikt nie przekonuje tych, którzy nie brali udziału w festiwalu, że widownia była zapełniana na siłę, a dominowało wojsko.

Oczywiście, że nie. Może tak częściowo było na tych koncertach popołudniowych, gdzie jak wspomniałam, byli harcerze i może wtedy było więcej wojska, ale na wieczorne przybywali cywile, turyści, zwykli mieszkańcy, którzy się doskonale bawili, co możemy dzisiaj widzieć nawet na filmikach, które pozostały z tamtych lat. Z pewnością wie Pan, że jest grupa osób, która się stara usilnie o to, by reaktywacja Festiwalu miała miejsce. Jak Pan sądzi, czy w dzisiejszych realiach taki Festiwal miałby szansę istnienia?

Przypuszczam, że tak… Kompozytorzy mogliby się dostosować do wymogów wojska, autorzy teksów również, nie wiem jak by do tego podeszła młodzież.

Pewnie z właściwym sobie entuzjazmem i ciekawością… Tak myślę dlatego, że od kilku lat mamy Dziecięcy Festiwal Piosenki Żołnierskiej i organizatorom bardzo dobrze ta impreza wychodzi. Zadowolone dzieci, będą zainteresowane podobnymi konkursami będąc już starszymi.

Przypuszczam, że miastu brakuje tego typu imprezy. Kołobrzeg był związany z festiwalem bardzo mocno. Amfiteatr kołobrzeski cieszył się wielką popularnością. Można byłoby kontynuować to wydarzenie zgodnie z linią wytyczonej polityki. Niestety, najbardziej politycznie wypowiadał się były minister obrony pan Bronisław Komorowski. Nie miał racji w tym wszystkim, jednostronnie podszedł do tej kwestii. Była to impreza niepowtarzalna, odbywały się inne festiwale piosenki, a tu jedynie wojskowa. Po raz pierwszy przyjechałem do Kołobrzegu w 1969 roku, a skończyło się na latach osiemdziesiątych, kiedy ten festiwal był gdzieś tam podporządkowany sprawom politycznym. Przypuszczam, że reaktywacja byłaby bardzo trudną sprawą, i byłyby wielkie koszty. Kto byłby tym zainteresowany? Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Kultury? Oni są zainteresowani innymi sprawami niż reaktywacja festiwalu. Ale może w nowym odrestaurowanym amfiteatrze uda się zorganizować na przykład koncert piosenki żołnierskiej…?

To jest świetny pomysł! Może jeśli nie festiwal, to właśnie koncert, ale jeśli się uda, to nie wyobrażam sobie takiego koncertu bez Pana.

To miłe, ale dla mnie najważniejszą rzeczą w życiu nie były nagrody. Pomimo, że ich jest cała masa, nie przywiązywałem do nich wagi. Dla mnie celem było przede wszystkim zdobywanie sympatii publiczności, pozostawić po sobie ślad i śpiewać na odpowiednim poziomie. I w sumie mi się to udało. Może jest to subiektywna ocena, ale zszedłem z estrady mogę powiedzieć: z tarczą.

To z pewnością mogę potwierdzić, ale zszedł Pan ze sceny już całkowicie…? Przecież Pana głos jest wyjątkowym darem, z pewnością wiele osób chciałoby Pana nie raz posłuchać podczas koncertu…

Całkowicie. Niestety, ze względu na zdrowie. Miałem poważne problemy z kręgosłupem, przeszedłem cztery operacje, podcięło mnie to troszkę w sensie psychicznym. Nie mam już takiej energii, którą posiadałem, i optymizmu, który towarzyszył mi całe życie. Do niedawna wypełniałem czas swoimi zainteresowaniami ubocznymi. Od kilkudziesięciu lat, właściwie około pięćdziesięciu, zbieram zegary. Mam ich ponad 70: od gotyckiego, skończywszy na biedermeierowskim z 1820-1830 roku. Posiadam dwa warsztaty: stolarski i mechaniczny, z pełnym oprzyrządowaniem. Wzbudzają one zazdrość wśród zawodowych stolarzy i mechaników. W pewnym okresie czasu zaczęliśmy z synem robić oświetlenie stylowe: żyrandole i apliki od baroku do neoklasycyzmu. Odnotowałem piękne oświetlenie w bazylice kołobrzeskiej, dwa bardzo wczesne żyrandole. Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jakie my zrobiliśmy, niech wejdzie w Internet i znajdzie żyrandole w kościele w Brochowie, wyświetlą się barokowe, 16- ramienne (znaleźliśmy: przepiękne! przyp.aut.). Mam dwoje wnucząt: Adam 17 lat i Weronika 14 lat. Mam dość duży ogród, w którym stworzyłem takie małe Le Petit Trianon: wiatraki – holenderski koźlak, zamek, młyn wodny i lamus. Są to budowle wysokości około3 metrów. Jak więc widać, wiodę spokojne, rodzinne życie.

Wierzę, że kiedyś przyjdzie moment, że jeszcze Pana usłyszymy, że jeszcze znajdzie Pan dla nas siły, a nie opuści optymizm, który zawsze Panu towarzyszył i którym nas Pan obdarzał podczas występów. Życząc przede wszystkim zdrowia, serdecznie dziękuję za rozmowę!

Rozmawiała: Żaneta Czerwińska

Na zdjęciach: wspaniały ogród, wspomniane małe Le Petit Trianon –  miejsce odpoczynku i wytchnienia dla P. Adama i całej Rodziny.


„Płynie Parsęta” wyk. Adam Zwierz. słowa: Janusz Przymanowski, muzyka: Benedykt Konowalski.