Sprawa dla urzędnika. Wyborczego.

Sprawa dla urzędnika. Wyborczego.

Wybory samorządowe. Ustawodawca powinien zadbać o to, by  traktowano je z całą powagą. Tymczasem zbieg wielu wydarzeń może stworzyć wrażenie, że wybory, choć powinny być sprawą urzędową, stały się przede wszystkim… urzędniczą.

Zmiany w ordynacji wyborczej, które przeprowadziło Prawo i Sprawiedliwość, miały służyć przejrzystości, tymczasem sprawiły więcej kłopotów, niż ustawodawca przewidział. Od naboru urzędników wyborczych począwszy, po składy obwodowych komisji, o transmisji ich przebiegu w sieci nie wspominając. A sprawa jak zwykle rozbija się nie o chętnych do prac w komisjach, nie o obserwatorów – tylko podejście do samego procesu, jakim są wybory samorządowe.

W obowiązującym stanie prawnym dla jednego obwodu głosowania muszą zostać powołane dwie komisje obwodowe, czyli: obwodowa komisja wyborcza ds. przeprowadzenia głosowania w obwodzie i obwodowa komisja wyborcza ds. ustalenia wyników głosowania w obwodzie, w skład których, co do zasady powołuje się 9 członków. Już w kwietniu bieżącego roku poszczególne miasta w Polsce wskazywały, że brakuje chętnych do pracy w komisjach: czytaj tutaj. Przebieg prac wyborczych pokazał, że i w Kołobrzegu, który jest specyficznym miastem ze względu na różnorodność prac zawodowych, również nie było łatwo skompletować składy komisji. Cóż, że członek miejskiej komisji obwodowej dostanie 300 zł – dla osób prowadzących działalność jest to niewiele mniej lub niewiele więcej niż zwykła „dniówka”. Za udział w posiedzeniu komisji podczas drugiej tury jest to połowa wynagrodzenia. Łącznie wiec przeciętny członek Komisji dostanie 450 złotych , ale musi przepracować całe dwa dni i  niecałe dwie noce.  Czy ta kwota może przyciągnąć chętnych na tyle, by toczyła się walka o miejsce w Komisji? Nie bardzo, więc tym bardziej powinno się szanować czas tych, którzy zdecydowali się tę pracę wykonać.

Nie każdy jest etatowym „komisyjnym”, niektórzy wykonują tę czynność po raz pierwszy. W tym duchu wyrażając gotowość uczestnictwa w komisjach podczas wyborów, niewiele osób mogło przewidzieć, że będzie się to wiązało z koniecznością zorganizowania sobie dnia wolnego w pracy w dodatkowym terminie. Tylko dlatego, że to urzędnik wyborczy ustala plan szkoleń członków poszczególnych komisji. Kilka dni temu członkowie Komitetów otrzymali wiadomość następującej treści: „Komisje ds. przeprowadzenia wyborów. Pierwsze posiedzenie, ukonstytuowanie i szkolenie odbędzie się we wtorek, tj. 9 10.2018r. od godz. 10.00 do 12.00. Obecność obowiązkowa”.  Sam środek dnia roboczego dla niektórych to obowiązek zwolnienia się z pracy choćby na te godziny, dla przedsiębiorców – strata nierzadko bezcennego czasu.

Urzędnik wyborczy w Kołobrzegu Jacek Tworek nie widzi w tych godzinach nic niestosownego. To zwyczajne godziny pracy.

Szkolenie należy przeprowadzać w godzinach, w których pracuje urząd – mówił nam Jacek Tworek. – Następne szkolenia mamy od godziny 13 do 15, więc jeśli ktoś na wcześniejsze nie może przyjść, może ostatecznie stawić się później. Jeśli jednak zdarzy się, że ktoś nie będzie mógł w ogóle przyjść, będzie musiał dostarczyć usprawiedliwienie. Ja nie widzę możliwości zmiany tych godzin – dodaje.

Jest to nieco dziwne podejście, gdyż Urząd Miasta choćby na posiedzenia Miejskiej Komisji Wyborczej czy przy innych okazjach bez problemu udostępniał sale po tak zwanych godzinach pracy. Niemniej sprawdziliśmy, czy rzeczywiście jest w przepisach ustalone odgórnie, jak mają szkolenia wyglądać.  W wyjaśnieniach Państwowej Komisji Wyborczej wyraźnie jest wskazane: „Czynności, w zależności od ich charakteru, urzędnik wyborczy może wykonywać poza siedzibą i godzinami pracy urzędów”  – sprawdź tutaj. Urzędnik wyborczy sam decyduje o godzinach i sposobie przeprowadzenia na przykład szkoleń, i w myśl tej wykładni mógłby je zrobić również po południu, jednak znacznie wygodniej jest to zrobić w godzinach pracy urzędu. Niekoniecznie jest to zbieżne z godzinami pracy poszczególnych członków komisji, których – nie tylko w Kołobrzegu –  niemal trzeba było prosić o uczestnictwo w komisjach. Zważywszy na pensję urzędnika wyborczego, która przy należytym wykonaniu obowiązków może wynieść niecałe 5 tysięcy złotych, ustawianie prac wyborczych względem swojego czasu może się wydać co najmniej dziwnym zwyczajem.

Sprawa ta wzbudziła zdziwienie w koszalińskiej delegaturze. Dyrektor Elżbieta Radomska stwierdziła, że przecież „zawsze szkolenia odbywały się w godzinach prac urzędu”. Podobnie zdziwione jest Biuro Prasowe PKW, gdzie – jak przyznał rzecznik prasowy Wojciech Dąbrówka – pierwszy raz spotkali się z takim problemem. Sam komisarz wyborczy odpowiedzialny za teren Kołobrzegu nie był uchwytny mimo faktu, że dwa dni próbowaliśmy się z nim skontaktować. Zostawiona została prośba o kontakt zwrotny – również to nie nastąpiło. A przecież nikogo nie dziwiło, że na przykład Miejska Komisja Wyborcza swoje posiedzenia zaczyna po 16, czyli po tak zwanych godzinach pracy. Nikt się nie musi z pracy na posiedzenie zwalniać, a taki tryb pracy jest ułatwieniem dla wszystkich zainteresowanych. Wystarczy chcieć.

Komentarz: 

Wystarczy pomyśleć chwilę jak członek komisji, którym jest zwyczajny mieszkaniec, a nie jak urzędnik, który z założenia wykonuje swoją pracę dla społeczeństwa, choć niektórzy urzędnicy myślą odwrotnie. Wybory, choć dla niektórych są środkiem do stanowiska i zarabianiem dodatkowych pieniędzy, nie mieszczą się w przysłowiowych godzinach pracy. Szkoda, że urzędnicy decydujący o sprawach związanych z wyborami nie sięgają tam, gdzie te wybory miały sięgać: do społeczeństwa. W ten sposób zniechęcają nie tylko do udziału w wyborach,  ale i do uczestnictwa w pracach komisji. A za rok znów trzeba będzie tworzyć komisje, bo przecież będą wybory parlamentarne. Z pewnością, jeśli tak będzie nadal wszystko przebiegać,  będą jak zawsze tłumy chętnych do ich obsadzenia.  

Żaneta Czerwińska