Nie przekraczać granic rozsądku

Nie przekraczać granic rozsądku

Któż z Kołobrzeżan nie zna radnego Artura Dąbkowskiego…? Chyba nie ma takiej osoby. Jednak mało kto wie, że Artur jest przewodnikiem górskim, ponadto podróżnikiem, i jako jeden z niewielu w naszym regionie dotarł do bazy pod Mount Everestem na wysokość prawie 6 tysięcy metrów n.p.m. (8848 wysokość samej góry, najwyższy szczyt świata). Jako jeden z niewielu na świecie miał okazję pogłaskać lwa. W dzisiejszej rozmowie skupimy się na Himalajach i całkowicie po amatorsku porozmawiamy o tragedii na Nanga Parbat.

– Można powiedzieć, że na wysokości powyżej siedmiu tysięcy metrów było zaledwie kilkadziesiąt osób na świecie. Czy też chciałbyś być w tym zaszczytnym gronie, masz aspiracje, by wspinać się coraz wyżej?

– Nie. Uważam, że granica rozsądku dla amatorów jest na wysokości około 6 tysięcy metrów. Można taką wysokość zdobyć bez specjalnych wieloletnich przygotowań. Wyżej bym nie ryzykował.

4. Mount Everest
Mount Everest

W 2015 roku wyjechałeś do Nepalu, zobaczyć Himalaje z bliska, wejść maksymalnie wysoko na Mount Everest. Jest to co prawda inne pasmo niż to, w którym jest Nanga Parbat, jednak jesteś w stanie powiedzieć o górach znacznie więcej niż kanapowi specjaliści, których ostatnio ujawniło się bardzo dużo. Spróbujmy z fali hejtujących Elizabeth Revol pytań wyszukać  odpowiedzi, których próżno szukać w sieci. Zacznijmy od akcji ratowniczej.

Jest istotne, bardzo istotne jedno zdanie, które wyłowiłem z jej wypowiedzi. Jednoznacznie określiła, że Tomek jest w stanie agonalnym, ma ślepotę śnieżną i chorobę wysokościową. Kto widział tę chorobę i jej objawy, ten wie, co to znaczy. Choroba wysokościowa to między innymi krew z nosa, zwidy, halucynacje, obrzęk mózgu i obrzęk płuc. Najczęściej prowadzi do śmierci. Po objawach rozpoznają ją najczęściej towarzysze wspinaczki. Ja widziałem osobę, która miała oznaki tej choroby i to jest straszne. Wtedy jedyne co pomaga, to schodzenie coraz niżej, podanie leków, sterydów. I to właśnie Elizabeth zrobiła. Zabezpieczyła go tam, gdzie mogła doprowadzić i sama zaczęła schodzić dalej, próbując ratować swoje życie.

Wielu zadaje pytanie, czy naprawdę ratownicy nie byli w stanie pójść dalej po Tomka.

– Nawet jeśli jakimś cudem daliby radę po niego wejść, to nie daliby rady go sprowadzić w dół. Ich wizyta najprawdopodobniej ograniczyłaby się do tego samego, co zrobiła Elizabeth. Posiedzieliby jeszcze może jakiś czas razem. Ciężko zdać sobie sprawę z tego, jakie jest powietrze na takiej wysokości. Tam gdzie my byliśmy, już było rzadkie, ciężko się oddychało. Przy chorobie wysokościowej i innych dolegliwościach Tomka to jest mało prawdopodobne, by akcja ratownicza przyniosła pozytywny skutek. Do wiedzy o jego stanie zdrowia należy doliczyć ze dwa dni w górę i potem ewentualny powrót.

Jak sądzisz, Tomek jeszcze żyje…?

– Teraz obawiam się, że już nie.

Wszystko co wiadomo o stanie Tomka, wiemy z relacji Elizabeth. Natomiast internautów, z czysto ludzkiego punktu widzenia – i z ciekawości – interesuje jej stan. Z jednej strony dowiadujemy się, że grozi jej amputacja, a z drugiej padają pytania jako to możliwe, skoro sama stała przy helikopterze w obozie, bezproblemowo rozmawiała w szpitalu, i oczywiście „znawcy” twierdzą, że wcale tych rąk “aż tak” nie miała odmrożonych.

– Przede wszystkim należy pamiętać, że przy tym helikopterze czekał i ratownik, i lekarz, który doskonale wie, co w takiej sytuacji robić. Na wysokości pięciu tysięcy metrów dysponowano już pełnym sprzętem lekarskim, dostała odpowiednie leki, zastrzyki, z pewnością również adrenalinę. To, czy przywróci się krążenie krwi w odmrożonych częściach ciała, okazuje się przecież po jakimś czasie. Z pewnością dzięki tym lekom mogła mieć pozorne siły do tego, by przetrwać transport do szpitala. Zawsze pamiętajmy:  każda decyzja należy do ratownika.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do Elizabeth. To z jej relacji wiemy, że zdobyli Nanga Parbat. Znów wielu pyta, dlaczego w takim razie nie mamy żadnych dowodów na potwierdzenie jej słów? Nie pokazano jeszcze żadnych zdjęć, żadnych innych dowodów potwierdzających jej relację.

– Może jeszcze pokaże, teraz pozwólmy jej skupić się na odzyskaniu zdrowia. Natomiast przy tej okazji warto powiedzieć o tym, że system potwierdzający zdobycie szczytu jest całkiem inny. Zdjęcia zawsze można przerobić, sfałszować.  W związkach himalaistów, kiedy jest szykowana wyprawa, otrzymuje się specjalne pierścienie metalowe, które przybija się już na górze. One są podwójne, oznaczone, z datą, nazwą wyprawy, i tak dalej. Komplet zostawiasz, gdy wspinasz się na szczyt, a jako dowód, że tam byłeś, zabierasz inny pierścień, który przybił ktoś przed tobą. Nie ma wtedy żadnych wątpliwości, że zdobyłeś szczyt.

Ale Elizabeth nie przedstawiła żadnych dowodów potwierdzających zdobycie szczytu. Czy należy się dziwić, że wielu poddaje w wątpliwość zdobycie tej góry przez nich? Czy nie było tak, że wiedząc, iż Tomek  z tej wyprawy nie wróci, po prostu podała tę informację poniekąd dla „złagodzenia” bólu dla rodziny, rodaków…?

– Trudno uwierzyć, by kłamała. Wśród himalaistów jest zasada, że się wierzy ludziom. I tak należy uczynić w tym przypadku, ponadto poczekać na rozwój spraw.

Tomek został na górze, którą tak usilnie próbował zdobyć. Nie on jeden nigdy z góry nie wrócił. Internet przypomina zdjęcia ciał zamarzniętych osób, które leżą i na które można się natknąć w drodze na szczyt. W pojęciu ludzkim, zwłaszcza dla najbliższych to jest straszne wiedzieć, że gdzieś wysoko leży ciało ukochanej osoby, bez pochówku i tak po prostu… zostawione. 

– Szacuje się, że około 200 osób zostało w górach na zawsze. Jedno ciało sam widziałem – Kanadyjczyka, przykrytego tylko flagą narodową. One są zawsze zamrożone, tam temperatura nigdy nie spada poniżej kilkunastu stopni poniżej zera. Ściąganie ciał wiąże się ze specjalnym transportem, nie mówiąc o ekspedycji sprowadzającej ciało z góry do bazy. Szacuje się, że łączny koszt sprowadzenia zwłok oscyluje wokół kwoty 100 tysięcy dolarów. Ciała Jerzego Kukuczki, naszego najbardziej znanego himalaisty, zdobywcy Korony Ziemi, nigdy nie odnaleziono.

Lhotse – góra, przy której zginął J. Kukuczka, Cz.Jakiel i R. Chołda
Czorten Rafała Chołdy, Jerzego Kukuczki i Czesława Jakiela pod Lhotse
Tablica na czortenie Rafała Chołdy, Jerzego Kukuczki i Czesława Jakiela pod Lhotse

Charakterystyczne, już nawet zwane punktem orientacyjnym i znane na całym świecie  są tak zwane słynne „zielone buty”… No tak już jest. Natomiast w drodze na Everest spotkaliśmy symboliczny cmentarz oraz tablicę upamiętniającą każdą ofiarę, która w tym rejonie zaginęła. Tylko tyle można zrobić, żeby zachować o tych ludziach pamięć.

– Powiedzmy, że jest taka sytuacja: gdyby ktoś tak przyszedł i powiedział: „stary, czy masz czas –  potrzebuję do załogi jakąś nową twarz”. Nie chodzi o koję, jak w utworze, tylko o śpiwór, namiot i wspinaczkę na sam szczyt Mount Everest. Twoja decyzja: idziesz?

– Nie. To po pierwsze: kwestia wieku. To już nie te lata…

– Nie przesadzajmy, jesteśmy w tym samym wieku…

– … ale lat treningu nie ma, przygotowań, szkolenia. To nie dla amatorów. Rozsądek nakazuje nie przekraczać pewnych granic. Planuję jeszcze zdobycie kilka gór, w tym Koronę Afryki – i to jest mój najbliższy plan. Chyba, że moja 19-letnia córka Iga dałaby się nakłonić i mógłbym ją zarazić pasją, to poszedłbym z nią raz jeszcze na Kilimandżaro, najwyższą górę Afryki (5895m). Również chciałbym pojechać raz jeszcze w Himalaje, z bliska zobaczyć górę Annapurna, odbyć taki rekreacyjny trekking wokół jej szczytu. Gdy już poznałem, jak mój organizm reaguje na wysokości, to nie powiem: jest taki pęd, że jak się już tu przyjechało, to chciałoby się wejść na sam szczyt. Ale właśnie dlatego, że ktoś nie umiał ocenić swoich prawdziwych możliwości, pod samym Everestem leży już około 200 ciał.

Obóz pod M.Everest na wysokości 5364m.
Pamiątkowy wpis
Droga zejścia lawiny

– Innym razem opowiemy o Afryce i spacerze z lwami, a także o innych wyprawach, ale teraz powiedz, czy  żona tak bez słowa akceptuje twoje ekstremalne wyprawy?

– Jeśli można użyć określenia, że niechętnie akceptuje, to tak to podsumuję. Zawsze po moich wyprawach znajdujemy czas na to, by z najbliższą rodziną  pojechać gdzieś na typowe leżenie na plaży. Ciągnie mnie jednak w góry. Gdyby ktoś chciał dołączyć do wyprawy, może się ze mną skontaktować poprzez email: arturdab7@wp.pl. Zapraszam. To nie jest taki wielki koszt, jaki się może wydawać. Dwutygodniowy pobyt w hotelu na przykład w Zakopanem jest dużo droższy niż taka górska wyprawa.

– Powodzenia w kolejnych wyprawach. Chętnie o nich napiszemy – a kto wie, może i pojedziemy wspólnie. Na Madagaskar choćby dzisiaj!

– A tam nie byłem, ale zwierzęta endemiczne chciałbym zobaczyć.

– Ja z kolei endemity roślinne. Tak więc: kto wie…? Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Żaneta Czerwińska

fot. archiwum Artura Dąbkowskiego

Świadectwo
dokumentacja