Jedenaście lat w zwarciu: P. Pasikowski

Jedenaście lat w zwarciu: P. Pasikowski

Rozmowa z Piotrem Pasikowskim, dziennikarzem „Głosu Pomorza”

Gazeta Kołobrzeska: W ubiegłym roku minęło dziesięć lat odkąd pracujesz zawodowo jako dziennikarz. W Kołobrzegu jesteś jedyną osobą, która miała okazję zapisywać w gazecie wszystkie przemiany, jakie przechodziło w tym czasie nasze miasto. Jak wyglądała twoja praca w tamtych czasach?

Piotr Pasikowski:  Na początku  1991 roku jeszcze nie było wiadomo,  co to znaczy wolność prasy,  trudno było uwierzyć, że nie ma cenzury… W Kołobrzegu dziennikarzy było wtedy jak na lekarstwo: fotoreporterzy „Głosu Pomorza” Jerzy Patan i Kazimierz Ratajczyk, w Koszalinie pracowała Mira Żołtak, była kołobrzeżanka, sercem wciąż związana z naszym miastem. W 1990 do władzy doszli ludzie, którzy skończyli walkę z komunizmem i dopiero uczyli się rządzić. Czasy były ciekawe, wszyscy się uczyli żyć w nowej Polsce. Często zmieniali się właściciele redakcji.

GK: Rozpocząłeś pracę zaraz po studiach dziennikarskich. Czy trzymasz   schowane w archiwum swoje materiały z tamtych lat?

PP:  Mam chyba gdzieś na strychu materiały studenckie z czasów praktyk, jakie odbywałem w „Głosie Pomorza”. To były lata przed rokiem 1989. Pisałem wtedy o tym, jakie są ceny w sklepach albo  ile kosztuje herbata w lokalach – ceny jej były różne, a powinny być takie same! Nie mogę też zapomnieć, że pisałem w solidarnościowej gazecie „Goniec Kołobrzeski”. Był to rok 1990, wtedy to była gazeta „walcząca”, o jasno ukształtowanym profilu przeciwko komunie. Można było odreagować. Łatwo było krytykować tych, co przegrali, a nawet się nad nimi pastwić  – oni  nie mieli ochoty walczyć na argumenty, byli „trędowaci”. Po kilku latach takiego pisania nabrałbym złych nawyków. To było  łatwe, jednostronne, ale dobrze, że długo nie trwało.

GK: Przez te lata wiele się zmieniło, zmienili się też ludzie. Jak postrzegasz osoby, które wtedy walczyły po stronie Solidarności? Niektórzy  dziś są sympatykami SLD.

PP:  Nie wrzuciłbym wszystkich tych ludzi do jednego worka. Byli ludzie wartościowi i marni. Tacy, którzy zaangażowali się świadomie, widząc że tamten system jest po prostu zły  chcieli go zmienić, ale byli też i tacy, którzy oczekiwali korzyści doczepiając się do zwycięskiego pochodu. Byli też i cynicy, którym było wszystko jedno i zmiana barw u tych ludzi nie musi dziwić. Takie osoby są jak chorągiewki na wietrze.

GK: Patrzę na działaczy politycznych w naszym mieście. Jak to się stało, że ludzie, którzy wtedy przegrali, dziś są ponownie u szczytu władzy? Przecież są to w większości  ci sami ludzie, co prawda pod inną nazwą. I nie jest tak tylko tutaj, w Kołobrzegu, ale też w parlamencie.

PP:  Pamiętamy tamto bezpieczeństwo socjalne, pracę dla każdego, niezbyt duże różnice majątkowe, takie same kartki na mięso, te same kiepskie samochody, jednakowo krzywe ściany w domach… Do tego było umiejętne mydlenie oczu, że po kolejnym etapie reformy będzie lepiej, że cel jest słuszny, że gonimy czołówkę światową, że taka jest konieczność historyczna, że w Ameryce biją Murzynów. Hasła. SLD jest pomostem do tamtych wspomnień.

Powiedziałbym, że jest taki mechanizm samooczyszczający w Polakach: my lubimy zapominać to, co było złe. To niesie za sobą pewne niebezpieczeństwo: jeśli zapomnimy to, czym się sparzyliśmy, to przestajemy dmuchać na zimne i znów dostaniemy bąbli na rękach… Mamy coś z ćmy. W 1989 roku skończyła się walka o to, aby zdobyć wolność. Okazało się wtedy, że można mieć wolność, ale gorszy samochód, nie jeździć do ciepłych krajów jak sąsiad, który był tępy w szkole, ale ma głowę do interesów… Pytanie więc, czyj los jest lepszy: sytego niewolnika  u bogatego gospodarza, czy wolnego kloszarda? Ja mam odpowiedź, ale nie powiem.

GK: Gdy przybyłam do Kołobrzegu w roku 1993 (trwała jeszcze  „pierwsza kadencja”), dziennikarzy było niewielu: ty i Andrzej Grabowski – twój redakcyjny kolega w „Głosie Pomorza”,  który współpracował z Telewizją Kablową. TKK wtedy jeszcze miała zasięg niewiele dalej niż  na „Ogrody”. Pracowała tam na stałe jedna osoba, Mariola Turska-Maćkowiak.  Ewa Dubois, twoja obecna redakcyjna koleżanka, współpracowała z „Gazetą Wyborczą”. Był jeszcze „Goniec Pomorski” – miał u nas jednego korespondenta, no i nas troje w „Głosie Koszalińskim”. Teraz dziennikarzy jest w tym mieście wielu… To lepiej?

PP:  Z punktu widzenia czytelnika powinno być lepiej. Mając wiele źródeł, może więcej skorzystać. Tyle że ilość nie zastąpi jakości. Zwłaszcza w kontekście informacji. Jeśli czytelnik dostanie pięć kiepskich informacji, to nadal będzie wiedział mniej niż z jednej porządnej. Chociaż… w ostateczności uśmieje się z dziennikarskiego bełkotu, a ten śmiech, to już korzyść.

GK: Mój poprzedni rozmówca-dziennikarz Mariusz Wolański (Radio Koszalin) stwierdził, że w mieście jest wielu dziennikarzy – funkcjonariuszy partyjnych. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

PP: Nie.

GK: No to jak jest z tym sprzyjaniem politykom w dziennikarstwie?

PP: Dziennikarz mógłby poklepywać się po ramieniu z każdym miejskim dygnitarzem, być z wieloma na „ty”, jeść im z ręki, ale co by osiągnął? Zawodowo byłby skończony. To forma korupcji – miałby związane ręce. Zalecałbym sądzenie takich za współudział. Są gazety opiniotwórcze i nie. Nawet w urzędach z większym zainteresowaniem czyta się  te pierwsze, chociaż są krytyczne,  bo jest w nich więcej prawdy  niż w tekstach pisanych na życzenie. Dziennikarz powinien chodzić po cienkim lodzie. Musi narażać się, zadawać trudne pytania, ściągać na siebie niezadowolenie rozmówcy. I tylko wtedy może liczyć na szacunek u Czytelnika. Szukanie sobie spokojnego życia poprzez dziennikarstwo, to oszustwo.  Jestem ciekaw, czy tacy dziennikarze naprawdę mają satysfakcję z pracy? Mdłe i banalne teksty nie spotykają się z reakcją. Oznacza to, że czytelnicy  ich „nie kupili” i … są mądrzy, krótko mówiąc.

GK: Dziś wieczorem (18 stycznia) po raz drugi zostaną wręczone „Kołobrzeskie Koniki”. Są to nagrody od prezydenta dla osób wskazanych przez kapitułę złożoną z dziennikarzy. Jak byś podsumował pracę kapituły?

PP:  Przez rok niektórzy  z nas stracili formę. Nie wytrzymali ciągłego zwarcia z władzą, tego napięcia i pozbyli się najważniejszego naszego narzędzia zawodowego – krytycyzmu. Niektórzy dali się oczarować władzy, a przez to praca kapituły przebiegała ze zgrzytami. Wyłoniły się dwie postawy: jedna, aby typować osoby za osiągnięcia i druga – aby typować za osiągnięcia, owszem, ale z zastrzeżeniem, by były one miłe prezydentowi Zbigniewowi Błaszczukowi. Jednak udało się nam dojść do porozumienia. Tym razem. I sądzę, że wybraliśmy dobrze – dwudziestu jeden nominowanych są to osoby, które na to zasłużyły. Z nielicznymi wyjątkami.

Fakt, że prezydent powierza dziennikarzom typowanie nazwisk świadczy o tym, że uważa nas za ludzi dobrze zorientowanych w sprawach miasta. I ma rację, choć niekiedy demonstruje iż  o wszystkim najlepiej wie on  sam. Może to ostatnia taka kapituła? Może za rok będzie inny prezydent i inni dziennikarze…?

Rozmawiała: Żaneta Czerwińska GK, 16.01. 2002r.